Duński sposób na szczęście, czyli Agnes Obel w Warszawie

Nie jest, jak Tori Amos, zwierzęciem popkulturowym, wchodzącym w rytualne interakcje z audytorium, pławiącym się w wylewności oddźwięków swoich wyznawców (zwanych ears with feet) i spółkującym na scenie z fortepianem. Gdyby mogła, otuliłaby się po same uszy swoim starym pianinem jak kocem w chłodny jesienny wieczór. Nie jest też, jak Loreena McKennitt, posągową mistyczką, zaklinającą nuty dystynkcją gestów i wykuwającą muzycznym dłutem wielkie formy narracyjne w świadomości odbiorców. Wolałaby pewnie, żeby nikt jej nie zauważył przy mikrofonie . Nie jest głosem pokolenia. Jest głosem serca.

Nazywa się Agnes Obel. Ma 36 lat. Jest duńską piosenkarką, autorką tekstów, eteryczną, drobną jak kanarek blondynką z ogromnymi, zazwyczaj spuszczonymi i smutnymi, niebieskimi oczami – „under a mask of vermillion ruling eyes”. Może to kwestia nordyckiej urody, a może scenicznego sposobu bycia, ale momentami do złudzenia przypomina Sagę Norén – bohaterkę skandynawskiego serialu kryminalnego Most nad Sundem. Jest ujmująco skromna, a brak śmiałości (i grzebienia :)) tylko dodaje jej uroku.

Niełatwo określić gatunek muzyczny, który reprezentuje, ponieważ każdy z jej trzech dotychczas wydanych albumów (Philharmonics, 2010; Aventine, 2013; Citizen of Glass, 2016) jest inny. Ta pięcioliniowa ścieżka wiedzie bowiem przez nostalgiczne ballady z akompaniamentem fortepianu natchnionego duchem Erika Satie; po trzech latach prowadzi już przez ciemny las pełen hukających s(ł)ów i szumiących smyczków (jeden z utworów na tej płycie, Fuel to fire, doczekał się remiksu w wykonaniu Davida Lyncha: link); a po kolejnych trzech latach zbiega się ze ścieżką dźwiękową, która przywodzi na myśl stare gry komputerowe (link).

Nasze pierwsze muzyczne spotkanie odbyło się nad rzeką:

Akord otwierający ten utwór do dziś stanowi dla mnie najpiękniejszą definicję rzeki. To od Riverside zaczęła się moja translatorska przygoda z twórczością Agnes Obel: zob. przekłady.

Przygoda wciąż trwa, tym bardziej że najnowszy album, Citizen of Glass, to prawdziwa kopalnia lirycznego srebra:

12 listopada 2016 r., na scenie w warszawskim klubie Stodoła ujrzałam Obel po raz pierwszy na żywo. Przy mikrofonie pojawiła się bezszelestnie, niepostrzeżenie, jak gdyby nie chciała rzucać się w oczy, tylko ukryć się szybko pośród instrumentów i uwić tam gniazdo. Analogie do szkła z tytułu jej najnowszego albumu nasuwały się same, gdy próbowałam ubrać jej obecność w słowa. Oto bowiem ukazała się moim oczom istota niezwykle delikatna, krucha jak szkło mogące rozpaść się w każdej chwili na drobne kawałki pod wpływem nieostrożnego ruchu lub dźwięku („Thank you for being so quiet” – stwierdziła z rozczulającą nieśmiałością podczas koncertu). Jej płochliwość upodabniała ją z kolei do ptaka. Na szczęście mam wprawę w fotografii ornitologicznej, więc – pod osłoną oklasków między piosenkami – uczyniłam użytek z przemyconej lustrzanki.

Nie mówiła zbyt wiele. I dobrze, wszak: „W beznadziei słów mówionych tak codziennie – w świętym szale / Już – Nadzieja tylko w tych, co mówią mało. Albo wcale”.

Powiedziała natomiast to, co spodziewałam się usłyszeć – że zwykła płakać podczas słuchania piosenek zmarłego przed paroma dniami Leonarda Cohena. A cisza zaszkliła się w muzyce.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s