Podróż za jeden smutek

dnia

Z samotnej podróży do Wielkiej Brytanii wróciłam półtora miesiąca temu, ale myśli moje najwyraźniej zapuściły korzenie razem z wrzosami na Wichrowych Wzgórzach i zakotwiczyły się gdzieś na dnie kanału La Manche, cierpliwie zacierającego straceńcze ślady u podnóża klifów Seven Sisters. Tak naprawdę wciąż stamtąd wracam. A w tym powrocie towarzyszą mi słowa Roberta Frosta, które odnalazłam wśród epitafiów na jednym z cmentarzy w Haworth:

„The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep,
And miles to go before I sleep”

Lubię surowość, posępność i przekorność Wysp, które nawet porom roku zdają się narzucać własny rytm. Gdy pod koniec czerwca przemierzałam Newcastle, bzy wciąż kwitły. Ale już druga połowa sierpnia w Londynie rozegrała się w żółtych płomieniach liści, koronujących drzewa z iście królewskim rozmachem. Lubię smutek wpisany w piękno brytyjskiego krajobrazu, jego palimpsestową naturę, która – jak papier – przyjmie wszystko. I się nie zarumieni. Tak jak słońce tylko „rozbudzało i rozgarniało ciemności” Emila Ciorana, tak brytyjska (nie)pogoda ze swoimi deszczami niespokojnymi, melodiami mgieł, cienistymi dolinami, wichrowymi wzgórzami i oszczędnie rozprowadzanymi plamkami światła rozrzedza moją ciemność. Ten pejzaż zdaje się rozumieć i wchłaniać każdy ból, przeobrażając się w swoistą przechowalnię bagaży życiowych dla tych, „co nigdy nie odnajdą straty”, dla tych czujących za mocno. W ten sposób samotny, niespokojny duch staje się częścią krajobrazu. Jednoczy się z nim łagodnie, bez poczucia dysonansu, jakiego mógłby doświadczyć pośród pastelowych barw upalnego, idyllicznego Południa. To jest Północ. Ta romantyczna, nieokiełznana, wzniosła, pełna niezaspokojonych pragnień i tęsknot, zmityzowana w słowach i obrazach romantyków. Tu słońce jest gościem, nie gospodarzem. Zjawia się i łasi, kiedy chce – trochę jak kot. A kiedy już jest, to wydobywa z otoczenia najintensywniejsze odcienie. Północ jest stanem umysłu. Północ jest drogą, nie celem.

Moja wyprawa trwała niecałe pięć dni, które od 6.00 do 23.00 spędzałam w nieustannym ruchu. Była to również moja pierwsza samotna podróż samolotem. Lubię planować. W życiu osobistym kończy się to zwykle tragicznie, ale w podróży okazuje się cechą niezwykle przydatną. Dzięki temu udało mi się w miarę sprawnie uprząść sieć połączeń z Londynu do Haworth, Seven Sisters i Cardiff. Do Walii i z powrotem dojechałam busem za kilka funtów. Zawartość i ciężar mojego plecaka nietrudno przewidzieć: 70 proc. sprzętu fotograficznego i 30 proc. koniecznego minimum do przeżycia.  Podróżujący fotograf nie jest zwyczajnym turystą. Bliżej mu do pisarza w trakcie pracy, tyle że zamiast pustych stron do zapisania ma przed sobą strony świata wypełnione treścią – do opowiedzenia obrazem, czyli stworzenia czegoś w rodzaju odwróconej ekfrazy.

DZIEŃ PIERWSZY: LONDYN

Londyn, do którego wróciłam po 20 latach, przywitał mnie wylewnie, bo deszczowo. W światłoczułych kałużach miasto mnożyło swoje odbitki. Nie wiem, czy to widok futrzanych czapek gwardzistów, czy atmosfera dzielnicy Soho, do której zmierzałam przez pachnący deszczem Hyde Park, wywołały wilkołaka z lasu mojej pamięci i nie pozwoliły mi się uwolnić od piosenki Werewolves of London. Pochodzące z niej wersy:

„I saw a werewolf with a Chinese menu in his hand
Walking through the streets of Soho in the rain”

nuciłam pod nosem już do końca dnia.

W okolicach pałacu Buckingham poświęcałam większość uwagi największej atrakcji turystycznej – ludziom. Z mnogości nacji, kolorów, gestów, rysów i emocji wypisanych na twarzach zbierałam okruchy opowieści. O czym śnił człowiek z głową między parasolkami? Co przeglądał w telefonie ciemnoskóry tleniony blondyn? O czym myślał gwardzista w czapce z niedźwiedziego futra? Czy różowo-rudo-czarnowłosa trójka postaci jest spokrewniona, zaprzyjaźniona, a może uwikłana w trójkąt miłosny? Czym – oprócz odcienia opalenizny – różnią się dwie długonogie dziewczyny siedzące na murze? Do kogo było skierowane zalotne spojrzenie przystojnego policjanta? Co się stało z mamą azjatyckiej dziewczynki podróżującej z ojcem? Została w domu? Odeszła od męża? Nie żyje? Z tłumem jest jak ze śpiewem ptaków w lesie. Po pewnym czasie uważne ucho zaczyna rozróżniać głosy poszczególnych gatunków, wyodrębniać nuty z polifonii. A ludzie – podobno nie ma ludzi zamkniętych, są tylko niewysłuchani. Niedostrzeżeni i niedokochani.

DZIEŃ DRUGI: HAWORTH, WICHROWE WZGÓRZA

Następnego dnia obudziłam się przed 5.00, jako że o 6.00 czekał mnie pierwszy etap podróży do najważniejszego miejsca – Wichrowych Wzgórz. Nieopodal mojego hostelu znalazłam zieloną bransoletkę. Najwidoczniej los chciał zagrać ze mną w zielone. Ulice Victorii pachniały wczorajszym deszczem. Zdawać się mogło, że – istotnie – „nie było lata / jesień szła od wiosny”. Zmierzałam w stronę King’s Cross Station, skąd miałam wyruszyć pociągiem do Leeds. Brytyjskie poczucie humoru odbiło mi się czkawką, kiedy szukając peronu nr 10, trafiłam na mur z napisem „Platform 9 ¾”. Ha Ha Harry Potter by się uśmiał 🙂 W Leeds czekała mnie kolejna przesiadka – tym razem do Keighley, skąd pozostało mi już tylko wsiąść do Brontë Bus i w ciągu kilkunastu minut dotrzeć do Haworth – miasteczka położonego w zachodniej części hrabstwa Yorkshire, jednego z najpiękniejszych rejonów Anglii. Północno-wschodnia część Yorkshire, której fragment (Whitby) zwiedzałam w czerwcu, wydała mi się malowana zupełnie inną paletą – cieplejszą, bardziej impresjonistyczną, być może za sprawą nadmorskiego klimatu. Trochę się dziwię, że literacki Dracula wybrał sobie opactwo Carfax-Whitby jako swoją angielską siedzibę. Zachodnia Anglia sprawia bowiem wrażenie bardziej frenetycznej.

Ze spraw czysto praktycznych: Jeżeli ktoś chciałby się wybrać w tamte okolice, to zdecydowanie polecam wyjazd z Newcastle, nie z Londynu, zwłaszcza jeśli lot jest z Wrocławia. Po pierwsze – taniej. Po drugie – szybciej. Lotnisko w Newcastle jest małe, podobnie jak tamtejsza kolejka do kontroli paszportowej. Dojazd do dworca z lotniska zajmuje ok. 20 minut metrem. Jak wygląda dojazd z lotniska w Londynie do centrum – tłumaczyć chyba nie muszę. Połączenie z Haworth jest podobne: Leeds – Keighley – Haworth. Kupując bilet łączony (im wcześniej, tym taniej), można dokupić dodatkowo (za 3 funty) całodniowy bilet na wszystkie busy obsługiwane przez przewoźnika Keighley Bus Company, w tym Brontë Bus, a także linie dojeżdżające w okolice Kamienia Emily (https://goo.gl/maps/7CoeHfdiNRL2) – wiersza Kate Bush poświęconego Emily Brontë, wykutego niedawno w skale. Tych kamieni jest więcej: http://www.michael-stewart.org.uk/bronte-stones/. Ale to już cel kolejnej wyprawy, podobnie jak Yorkshire Sculpture Park i Singing Ringing Tree (http://www.bryla.pl/bryla/1,85298,8332633,Singing_Ringing_tree__czyli_spiewajaca_rzezba.html) 🙂

Do Haworth i otaczających go Wichrowych Wzgórz, czyli miejsc, w światłocieniu których rozwijała się twórczość rodzeństwa Brontë (nie tylko sióstr, ale i brata, w którym – nota bene – niektórzy dopatrują się prawdziwego autora kultowej powieści: http://www.pap.pl/aktualnosci/news,954313,ostrowski-to-branwell-bronte-napisal-wichrowe-wzgorza.html), wyruszyłam bez większego bagażu wyobrażeń i oczekiwań. Zabrałam jedynie garstkę muzycznych wspomnień – słynną piosenkę Kate Bush i ścieżkę dźwiękową R. Sakamoto z ekranizacji „Wichrowych wzgórz” z 1992 roku, którą noszę w sercu od pierwszych nut – tych otwierających scenę, w której Sinead O’Connor  wciela się w rolę Emily Brontë. Może to ów brak oczekiwań, a może skłonność do mityzowania najzwyklejszych elementów rzeczywiści pozwoliły mi zachwycić się wszystkim, co zobaczyłam na miejscu. A mogę śmiało dodać, że to jedno z „moich” miejsc na świecie. Mżyste, cieniste, tajemnicze miasteczko Haworth, którego infrastruktura kulturalna jest niemal całkowicie podporządkowana turystyce inspirowanej życiem i twórczością rodziny Brontë (podobnie jest w wypadku Whitby i Draculi), pokochałam od pierwszej wąskiej uliczki. To raj dla dziwaków, zatem nic – nomen omen – dziwnego, że od razu poczułam się tam jak w domu. Kury chodzące po płytach nagrobnych, „Gabinet osobliwości” ze sztucznym szkieletem nietoperza do kupienia, sklep z suwenirami dla kociarzy, ulica Heathcliffa, weranda z wyrobami rzeźbiarza specjalizującego się w wytwarzaniu replik ludzkich czaszek, pluszowe mopsy w różowych kostiumach jednorożców, drzwi porośnięte bluszczem, piwa „Brontë Beers”, sklep dla plastyków „Wuthering Arts”, księgarnia dla miłośników horrorów „Spooks”… Jeśli miałabym Haworth do czegoś porównać, to na myśl przychodzi mi jedynie miasteczko z Soku z żuka. Nie zdziwiłabym się, gdybym w „Gabinecie osobliwości” trafiła na Podręcznik dla niedawno zeszłych. Są tam również koty. Jeden z nich siedział na drewnianej ławie i wyglądał jak starszy człowiek czekający na cierpliwego odbiorcę, który wysłucha jego opowieści wojennych. Siedzieliśmy tak sobie na tej ławce, krzyżując nasze samotności. On dał mi trochę mruczącego ciepła, a ja jemu odrobinę czułości za uszkiem, po czym ruszyłam dalej – w stronę Brontë Parsonage Museum.

Zastanawialiście się, ile wydań Wichrowych wzgórz można zmieścić w jednym pomieszczeniu? Odpowiedź na to pytanie kryje rzeczone muzeum – ostoja bibliomanii. Jeżeli kiedykolwiek powstanie ekranizacja Miasta śniących książek Waltera Moersa, to Haworth byłoby idealnym kandydatem do roli Księgogrodu. To miejsce ma potencjał. Ilekroć spoglądam na gumkę do mazania w kształcie miniaturowego wydania Wichrowych wzgórz, którą kupiłam w tamtejszym sklepie, utwierdzam się w tym przekonaniu. A samo muzeum zostało pięknie urządzone. Można się tam napawać widokiem rękopisu wiadomej powieści i całej masy innych manuskryptów. Przygotowano też m.in. salę z elementami XIX-wiecznej garderoby, które można przymierzyć i uwiecznić na pamiątkowej fotografii. To niewielkie miejsce zagospodarowano z pomysłem i wyczuciem, dzięki czemu stworzono idealne warunki do odbycia podróży w czasie. Na ciepłe słowa zasługuje również przemiła obsługa, w tym Anglik uczący się języka polskiego. Nie mogłam się nie uśmiechnąć, usłyszawszy po krótkiej wymianie uprzejmości: „Siema, Gosia. Miło cię poznać. Skręć w prawo, to znaczy w lewo” :). Bilet wstępu do muzeum jest wielorazowy, ma roczny termin ważności i uprawnia do ponownej wizyty z osobą towarzyszącą.

Po opuszczeniu muzeum ruszyłam w stronę Wichrowych Wzgórz. Droga wiodła przez złotozielone pastwiska, okraszane co jakiś czas srebrzystą mżawką. Gdzieniegdzie – w ustronnych, malowniczych miejscach, na wzniesieniach albo wśród krzewów – można było zobaczyć stały element brytyjskiego pejzażu i zarazem symboliczny element moich fotorelacji z Wysp – pustą ławkę. Fotografuję ją zawsze z myślą o tej samej Osobie.

Wiatr rozwiewał kłęby siwych chmur jak zgniecione fragmenty zapisanego papieru. Kolory mijanych pól przywodziły na myśl pentimento rodem z płótna malarza, który nie może się zdecydować, jakiej farby użyć – żółtej, jasnozielonej, ciemnozielonej, różowej, a może fioletowej… ‒ i raz po raz nakłada jedną warstwę na drugą. Im bardziej oddalałam się od Haworth, tym bardziej było wokół mnie (i we mnie) fioletowo, wietrznie, stromo, mżyście i bezludnie. Tak, te wzgórza naprawdę są wichrowe. Niekiedy odnosiłam wrażenie, że zgromadziły się tam wszystkie słowa rzucone przez ludzi na wiatr. Miliony niedotrzymanych obietnic, krótkotrwałych wyznań i osieroconych skrzydlatych myśli. W pewnym momencie zaczęło padać, a mój pejzaż wewnętrzny stał się jak gdyby lustrzanym odbiciem pejzażu mnie otaczającego. Łzy – wzruszenia i nieutulonego bólu – zmieszały się z deszczem i tylko ciepło odróżniało je od jego strug. Pogodziłam się z takim stanem rzeczy – że płaczę, że mam ku temu powody, że jestem uszkodzonym człowiekiem. W tamtym miejscu wreszcie nie musiałam się tego wstydzić.

Im gęściej ścieżka prowadząca w stronę Top Withens była usłana wrzosami, tym głośniej wybrzmiewały mi w sercu zwrotki Wuthering heights”Kate Bush, z którą łączy mnie wytrzeszcz i upodobanie do czerwonej szminki, a zdecydowanie nie łączy talent wokalny :).  Mimo to, gdy deszcz ustał wokół mnie i we mnie, zaczęłam sobie podśpiewywać pod nosem „Out on the wiley, windy moors…”. Owce zachowały dyplomatyczne milczenie. Choć od najważniejszego punktu, czyli Top Withens, gdzie znajdują się ruiny domu – pierwowzoru siedziby rodziny Earnshaw z „Wichrowych wzgórz”, dzieliło mnie ok. 20 minut drogi, nie byłam w stanie wspinać się dalej. Kilogramy sprzętu w plecaku przypomniały mi o tym, że choć w życiu nie stąpam twardo po ziemi, grawitacja wciąż na mnie działa. Padłam więc wyczerpana na wilgotne wrzosy, zerwawszy wcześniej gałązkę do zalania w żywicy, i usnęłam na chwilę. Po przebudzeniu ujrzałam pochyloną nade mną owcę. Głowę bym dała, że była to Panna Marple ze Sprawiedliwości owiec. Nie mając pewności, ile czasu zajmie mi powrót i czy nie spóźnię się na autobus do Keighley, zdecydowałam się zawrócić. Jednocześnie obiecałam sobie, że jeśli starczy mi w życiu nadziei i zapału, wrócę za rok do Top Withens i rozbiję tam namiot. „And gather it all in a bunch of heather” – zdawało mi się, że słyszę, jak wrzosowiska odpowiadają na tę myśl fragmentem piosenki Scarborough fair, kiedy z bukiecikiem wrzosów w dłoni kierowałam się w stronę Haworth.

Gdy pokonałam już trzy czwarte drogi powrotnej, postanowiłam zboczyć z trasy i skręcić w stronę zagajnika, przy którym znajdował się drogowskaz. Okazało się, że boczna ścieżka prowadzi na cmentarz. Przy drogowskazie znalazłam trzeci już przedmiot z sowim motywem – do kolekcji znalezionych pamiątek z podróży:

Tym razem była to składana torba w sowy, złożona w kształt przypominający serce. Zaczęło się od pluszowej sówki-breloczka znalezionej przy śmietniku w Wiedniu. Półtora roku później trafiłam w Newcastle na różową bransoletkę z drewnianą sową. Z jakiegoś powodu ptaki te roztaczają nade mną opiekę. Podążyłam zatem w stronę cmentarza. Najmocniej utkwił mi w pamięci tunel z drzew, który znajdował się po lewej stronie bramy cmentarnej. Wejście do niego było prowizorycznie zabezpieczone pięcioma głazami, które symbolicznie oddzielały strefę światła od strefy cienia. Pokusa, by przejść na tę drugą stronę, była silna, ale coś mnie jednak powstrzymało. Krótko potem trafiłam na wspomniane już epitafium z fragmentem wiersza Roberta Frosta. Jakże wzruszający wydźwięk miały w owym momencie, w kontekście rzeczonego tunelu słowa: „The woods are lovely, dark and deep, / But I have promises to keep”. Brytyjskie cmentarze ujmują mnie pod wieloma wzglądami. Religijna, zunifikowana symbolika często ustępuje tam miejsca spersonalizowanej ekspresji. Nagrobki są po brzegi wypełnione treścią – bardzo osobistą, pozbawioną religijnego patosu, jak gdyby żegnający swoich bliskich nie mogli zatrzymać potoku słów, jak gdyby tyle jeszcze chcieli powiedzieć… Można odnieść wrażenie, że słowa, które nie zmieściły się na nagrobkach, unoszą się w powietrzu, wnikają w słoje drzew, zastygają w ptasich gardłach, wsiąkają w ziemię i cały czas rosną. Nagrobki to nieruchomi poruszyciele, zwłaszcza te dziecięce,  postawione zbyt wcześnie. „We saw the sea, felt the golden sands as we held your tiny hands” – napisali rodzice trzyletniego Lewisa. Na jego grobie piętrzą się dziesiątki zabawek: Kłapouchy, ptaki, krasnale, Minionki… Groby dzieci w Wielkiej Brytanii są bardzo kolorowe, przypominają miniaturowe wesołe miasteczka. Choć dla rodziców są one zapewne tym, czym przyjęcia dla pani Dalloway, która wydawała je, by „zagłuszyć ciszę”, to jednak patrząc na nie, ma się wrażenie, że właśnie takie powinny być.

W Haworth czekał na mnie kot – ten, który wcześniej siedział na ławce i wyglądał, jakby chciał się podzielić opowieściami wojennymi. Tym razem przypominał rycerza-strażnika św. Graala z filmu Indiana Jones i ostatnia krucjata i może nawet wyszeptał pod wąsem, że duszy nie mogę wywieźć poza granice Haworth. Przezornie więc zostawiłam ją za sobą.

DZIEŃ TRZECI: WALIA (CARDIFF, CAERPHILLY CASTLE)

Następnego dnia wybrałam się do rodzinnego kraju Anthony’ego Hopkinsa, Jaspera Fforde’a, Richarda Burtona i smoków – do Walii, a konkretnie do Cardiff. Z Londynu można się tam dostać busem National Express w niecałe trzy godziny za kilkadziesiąt złotych w przeliczeniu na polską walutę. Gdy dojechałam na miejsce, oczom moim ukazała się olbrzymia, ruchoma głowa Tyranozaura z pobliskiego parku dinozaurów. Powitanie jak na kraj mający w godle smoka przystało. Wejście W SMOKA, ot co.

Walia to przede wszystkim jedna wielka atrakcja lingwistyczna. Wszelkie napisy występują tam w dwóch wersjach: walijskiej i angielskiej. Ta pierwsza robi zwykle większe wrażenie, o czym zapewne niejednokrotnie przekonali się mieszkańcy Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch. Gdyby Daenerys Targaryen deklamowała wszystkie swoje tytuły w tym języku, jej wypowiedź zajęłaby osobny tom Pieśni lodu i ognia. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego elfy mają szpiczaste uszy? Od intensywnego nastawiania ich w celu zrozumienia, co mówią inne elfy, jako że Tolkien inspirował się walijską fonologią, tworząc elficki sindarin. Trochę żałuję, że zabrakło mi śmiałości, by poprosić rycerza strzegącego bramy Castell Caerdydd (tj. zamku w Cardiff – widzicie, już elfiksuję) o zadeklamowanie czegoś po walijsku do kamery. Może jeszcze los da mi szansę.

Trafiłam zatem do Cardiff – krainy smoków, zbitek spółgłoskowych, deszczu, kolorów i uśmiechniętych ludzi. Już od pierwszych chwil spędzonych na terenie Walii nabrałam przekonania, że to świat zgoła odmienny od Anglii – z innym kolorytem lokalnym, typem mentalności mieszkańców i tempem życia (dużo wolniejszym). Gdy przechadzałam się jedną z głównych ulic, zdawało mi się, że nikt tam oprócz mnie nie był trzeźwy. Tyrion Lannister czułby się tu jak w raju.

Na zwiedzanie większego obszaru Cardiff nie miałam czasu, ponieważ moim głównym celem był zamek w Caerphilly (do którego można dojechać pociągiem w kilkanaście minut). Na terenie tej gigantycznej fortecy znajdują się dwa wielkie smoki. Niestety, w czasie mojego pobytu były w remoncie, ale udało mi się je sfotografować z wyższej kondygnacji. Minę miałam przy tym jak rzeczona już Daenerys Targaryen, wykrzykująca: „Where are my dragons?!”. Choć w moim odczuciu chyba żaden zamek nie zdetronizuje pod względem malowniczości zamku Dunstanburgh w Anglii Północnej, to Caerphilly z pewnością wart jest uwagi. Deszcz i słońce zaciekle walczą tam o tron, co dobrze widać na fotografiach. Gdy spoglądałam z góry na seledynowe wzniesienia w oddali, przypomniała mi się Złota Dolina z Cienistej doliny – filmu, który właściwie zapoczątkował moje brytyjskie wojaże, co prawda przez większość życia odbywane jedynie palcem na mapie myśli, ale one też się liczą. W mieszkaniu filmowego C.S. Lewisa wisiał obraz przedstawiający Złotą Dolinę – miejsce poddane dziecięcej idealizacji, zastygłe w zaczarowanym wyobrażeniu. Okazało się, że miejsce owo istnieje naprawdę i znajduje się na terenie hrabstwa Herefordshire, graniczącego z Walią. To zadziwiające, ile odcieni zieleni potrafią obudzić w brytyjskim krajobrazie nawet najsłabsze promienie słońca.

DZIEŃ CZWARTY: BRIGHTON, SEVEN SISTERS, BEACHY HEAD

Następnego dnia udałam się na południe Wysp – do Brighton, skąd miałam następnie wyruszyć na klify Seven Sisters. Po raz kolejny skorzystałam z usług National Express, płacąc kilkanaście funtów zamiast kilkudziesięciu, które wiązałyby się z wyborem pociągu. Tym razem zamiast tyranozaura powitał mnie posągowy Elvis reklamujący fish and chips. Krótko potem trafiłam do Indii. A właściwie do… brytyjskiego Taj Mahal, bo w Brighton znajduje się Royal Pavilon stylizowany na tę właśnie budowlę, tyle że zamiast Gangesu szumi wokół niego kanał La Manche. Jak to ze mną bywa, największą atrakcją okazała się dla mnie tamtejsza obskurna toaleta, której wewnętrzne strony drzwi studiowałam z filologiczną pasją. Ukułam nawet specjalną nazwę dla toaletowych zapisków: latrynografy (łac. latrinum – ubikacja i grec. graphō – piszę). Inspiracji dostarczyła mi analiza skamnografów (napisów na ławkach) autorstwa nieocenionego prof. Bogusława Bednarka: https://uni.wroc.pl/skamnografy/. Obskurność wspomnianej toalety spotęgowała fala spontanicznych wymiocin płynąca z sąsiedniej kabiny. Zalała mi buty. Na szczęście dużo ciekawsze przeżycie było dopiero przede mną. Wyruszyłam bowiem w stronę jednego z najniebezpieczniejszych miejsc w Wielkiej Brytanii – na klify Seven Sisters.

Szacuje się, że co roku ok. 25 osób popełnia samobójstwo, rzucając się z malowniczych kredowych klifów w hrabstwie East Sussex. Drugie tyle stanowią ofiary nieszczęśliwych wypadków (wśród których znalazł się syn Nicka Cave’a), a o te nietrudno, bo klify nie są w żaden sposób zabezpieczone. Dla fotografa to dobra wiadomość, dla rozbieganych dzieci,  nastolatków pozbawionych wyobraźni lub osób w stanie wskazującym na szklankę wódki do połowy pustą – to poważne niebezpieczeństwo.

Klifom można przyjrzeć się z bliska z różnych punktów widokowych. Ja wybrałam Birling Gap, z którego udałam się pieszo w stronę Beachy Head – najwyższego, 164-metrowego kredowego urwiska na południowym wybrzeżu Anglii. Moje pierwsze wrażenia po dotarciu do Birling Gap z Brighton były niebywale intensywne. Wyobraźcie sobie zielone pustkowie przypominające gigantyczną, rozedrganą wiatrem makietę. Stojąc tyłem do szumiącego kanału La Manche, widziałam jedynie szczere pole, drewniany, niszczejący drogowskaz i przystanek autobusowy. Byłam zachwycona. Po drugiej zaś stronie rozpościerała się przede mną nieskończoność, kraina najpiękniejszych imponderabiliów. Tego widoku nie sposób opisać inaczej niż wielkimi słowami. Wiatr był tu po stokroć silniejszy niż na Wichrowych Wzgórzach, a mgła i mżawka, choć kłopotliwe dla fotografa, nasycały to miejsce symboliką iście czyśćcową. Moment, w którym skroplił się widok odbity w moich oczach, nastąpił, gdy znalazłam miłość, a właściwie słowo ‘miłość’ na drodze, ułożone z kredowych kamyczków. Trudno było powstrzymać wzruszenie, patrząc na ten symboliczny wymiar miłości zbudowanej ze śladów erozji. Ale proces niszczenia w wypadku Siedmiu Sióstr jest – paradoksalnie – dowodem na to, że one żyją. Bo życie jest zmianą. Jeśli obrócimy zdjęcia przedstawiające poszarpane brzegi klifów o 90 stopni, to ujrzymy coś na podobieństwo zapisu badania EKG. To linia ich życia.

Myślałam o ludziach, którzy zginęli śmiercią samobójczą, skacząc z tych kredowych skał. O powodach, dla których zdecydowali się przekroczyć granicę cierpienia. O krwi, która wsiąkła w piasek, zmieszała się ze słoną wodą… O Przekleństwach niewinności i siostrach Lisbon. O mewach, które były w tym miejscu wyjątkowo ciche. A skoro już o ptakach mowa. Pisklęta bernikli białolicej, która gniazduje na klifach, wyskakują z gniazd zaraz po wykluciu, czasem z wysokości kilkuset metrów: https://www.youtube.com/watch?v=rxGuNJ-nEYg. Dzięki grubej warstwie puchu udaje im się zwykle przeżyć, choć nie umieją jeszcze latać. Kto wie, może ci wszyscy, którzy skoczyli w przepaść, zamienili się w bernikle – skaczące po to, by przeżyć.

Jest taka piękna piosenka irlandzkiej wokalistki Lisy Hannigan – Prayer for the dying. Gdy wykonywałam serię zdjęć z podwójną ekspozycją, scalając sylwetki turystów z poszarpaną linią brzegową, miałam w głowie fragment tego właśnie utworu: „A prayer for the dying / For the waves coming in / And washing the edges / The edges away from within”.

W tym miejscu ludzie – jako bohaterowie zdjęć – odegrali zupełnie inną rolę niż na ulicach Londynu, gdzie swoimi znakami tkali sieć opowieści „papilarnych”, w które wpadały raz po raz moje spojrzenia. O ile w mieście uobecniał się we mnie gombrowiczowski Mistrz Analizy –  uważny detalista i odkrywca mikrokosmosów, o tyle na klifach prym wiódł Mistrz Syntezy, patrzący na świat z lotu ptaka, wpisujący każdy szczegół w kontekst zataczający coraz szersze kręgi – od geografii po eschatologię. A wiatr znów przywiał do mnie słowa, tym razem ze Sputnika Sweetheart: „Ostatecznie przypominamy samotne bryły metalu krążące po osobnych orbitach. Z oddali wyglądamy jak piękne spadające gwiazdy, które jednak w rzeczywistości są więzieniami, gdzie każda z nas tkwi zamknięta samotnie, zmierzając donikąd. Kiedy przecinają się orbity tych satelitów, możemy się spotkać. Może nawet otworzyć przed sobą serca. Ale tylko na krótką chwilę. Już w następnej pogrążamy się w absolutnej samotności. Dopóki nie spłoniemy i nie obrócimy się w nicość”.

Te minorowe tony przerwał szelest żuka spacerującego żwawo obok mnie. Zaczęłam się zastanawiać, jakim zawołaniem wabi się żuki, skoro nie „kici, kici” ani „Basia, Basia”. I wtedy do mnie dotarło: „Beetlejuice, Beetlejuice, Beetlejuice!”. Parę godzin później byłam już w Londynie.

DZIEŃ PIĄTY: POŻEGNANIE Z LONDYNEM

Ostatnie godziny mojej brytyjskiej wyprawy spędziłam w centrum angielskiej stolicy. Znowu oddałam się tropieniu mikrokosmosów. I znalazłam je: w spoconej głowie uśmiechniętego gwardzisty bez niedźwiedziej czapki, w końskiej sierści na udzie policjantki, w słowach „Hey ho lets go” na plecach kobiety snującej się niczym zombie… Reszta jest prehistorią, a właściwie Muzeum Historii Naturalnej, które było finalnym punktem mojej podróży. Gdybym tylko mogła, odwiedzałabym je codziennie.

Ostatnie zdjęcie wykonałam w metrze – to fragment reklamy z Emmą Thompson. Momentalnie przypomniała mi się jej rola w Przypadku Harolda Cricka, toteż spojrzałam na nią podejrzliwie, zastanawiając się, co mogłaby teraz powiedzieć, gdyby była narratorką mojego życia.

Londyn powitał mnie deszczem, a pożegnał słońcem.

Wersja z filmikamihttps://photos.app.goo.gl/6kjV2VgxcvrcoFzt6

Inne wędrówki po Wyspach:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s