Cała jesteś w promionkach

05/24/2007 (Archiwalna notka z pierwszego bloga „Zacisze Międzysłowia”)

 

Najwyższym szczęściem jest miłość wolna od zmysłowości. Rozkosz jej polega na wzajemnym patrzeniu na siebie, na wymianie promionków, które grając w oku człowieka są przędzą z przymiotów duszy usnutą. Trzy są najcenniejsze promionki: piękność, czułość, niewinność; otaczają one osoby zakochanych jakby aureolą, opromieniając ich życie uczuciem błogiej harmonii.

S. Wasylewski, Życie polskie w XIX wieku


KOBIETA: Czy śpisz, kotku?
MĘŻCZYZNA: Nie.
KOBIETA: A co robisz, kotku?
MĘŻCZYZNA: Zdechłem, piesku.
KOBIETA: Żartujesz, kotku.
MĘŻCZYZNA: Żartuję, piesku.

T. Różewicz, Świadkowie albo nasza mała stabilizacja

Pierwszy z zacytowanych fragmentów jest opisem teorii “miłości promienistej” Tomasza Zana – jednego z czołowych filomatów wileńskich. Ujął mnie ten naiwny quasi-mesmeryzm, choć nie da się ukryć, że zaistniała w nim pewna delikatna sprzeczność, albowiem owe ponadzmysłowe promionki, zwłaszcza piękność i czułość, zdają się pełnymi garściami czerpać z niewyczerpanego pokładu zmysłów właśnie. A nie przypominam sobie, by opiewane przez poetów romantyczne heroiny grzeszyły szpetnością, jakoś tak się szczęśliwie składało, że wzniosła efemeryda Ducha zawsze miała powód ku temu, by przy okazji zapylić zmysły… Nie oznacza to jednak, że byli romantycy wyłącznie chutliwymi aforystami w białych rękawiczkach, dealerami prostych podniet – sprytnie wystylizowanych na wzniosłe ideały, operatorami “wewnętrznego oka”, które zupełnie przypadkowo trafiało to w biuścik, to w nóżkę – jak na obrazach kubistów. Bynajmniej – romantyczne związki uczuciowe opierały się zazwyczaj na porywającym dialogu ludzi oczytanych, nierzadko artystycznie usposobionych, dystyngowanych, wzajemnie “namuzowywujących” się, spokrewnionych na niwie zamiłowań, cechujących się czymś, co dziś określilibyśmy mianem inteligencji emocjonalnej. To były neuronowe powinowactwa z wyboru. Przynajmniej w literaturze. Bo poza nią różnie bywało, np. nasz wieszcz Adam ponoć regularnie odwiedzał burdele i jak ostatnia świnia wcinał ociekającą tłuszczem kiełbasę. Swoistą czkawką literacką po tym wszystkim okazał się dziadowski (w sensie – z “Dziadów cz. IV” 🙂 ) Gustaw, który nie kiełbasę pożerał, a książki. Te najbardziej ościste i chrząstkowate – książki zbójeckie. Ale dajmy pokój temu.

Drugi zacytowany fragment zamieszczony tu został dla kontrastu. Przyszło nam bowiem żyć w erze skrojonej na miarę występujących w nim słów, w erze misiów-pysiów, misiaczków, kotków, koteczków, kiciusiów, tygrysków, gwiazdek, króliczków, złotek (w czym niby sreberka są gorsze?), aniołków, słoneczek, żuczków, robaczków, kochań, skarbów, towarów, lasek, dup i innych kuriozów. Ale dlaczego nikt nikogo nie nazwie chociażby “promionkiem”? I pomyśleć, że Eskimosi mają kilkadziesiąt wyrazów nazywających różne odmiany śniegu… Może gdyby to nie wiosna, a zima funkcjonowała w kulturze jako pora Amora, mielibyśmy większy przyrost słowotwórczy…

Kiedyś “odciskało się piętno czucia w cudzej duszy”, “zaczuwało się” i “czarowało wolą”, dziś się podrywa i zalicza, kiedyś grało się w “akordowe pioruny”, dziś gra się na zwłokę. Niektórzy zdobywają się w afekcie na określenie “być w skowronkach”… Romantycy byli lepiej rozwinięci ornitologiczne – o ptaszarni metafor u Słowackiego napisano całą książkę. Dlaczego zakochany musi być cały w skowronkach? Dlaczego nie w jaskółkach, bocianach, jastrzębiach, kanarkach, łabędziach, dzięciołach, strusiach, pingwinach, czaplach, pelikanach, albatrosach, wróblach, srokach, pliszkach, makolągwach, czajkach, sikorkach, kukułkach, sępach, potrzeszczach, kosach, rokitniczkach, ziębach, perkozach, krukach, trzcinniczkach (kaczki pomińmy z uwagi na konotacje polityczne 🙂 ) ? Dlaczego zakochani mają w brzuchu motyle, a nie – równie sprawnie szeleszczące skrzydłami – nietoperze? O tempora, o mores, o semantyczne kneble!

Być może w tej trywialności, w tej groteskowej niekiedy prostocie wyrażania uczucia jest metoda. Metoda na głoda emocjonalnego. Ludzie są głodni. Ludzie chodzą do barów szybkiej obsługi, jedzą fast-foody. Zaczynam doceniać ideę postu. Cierpliwego oczekiwania. I zasłużonej nagrody.

Niewykluczone jednak, że każde – zarówno najbardziej wyszukane, jak i najlichsze słowo – pozostaje tak samo niedomknięte wobec potęgi Miłowania, otwarte na wieczność. Jeżeli wieczność jest, jeżeli jest możliwa. Ale z drugiej strony – forma nierzadko bywa jednocześnie treścią – i o to właśnie chodzi, w tym tkwi wampir pogrzebany. Chyba dlatego wolałabym zostać spieszczona “promionkiem” niż “żuczkiem” – mimo całej mojej sympatii dla braci mniejszych, co bynajmniej nie oznacza, że samej nie zdarza mi się od czasu do czasu pożuczkować czy poaniołkować. Czułość ma słabość do prostoty i często – chcąc zostać odpowiednio zinterpretowana – posiłkuje się najjaskrawszymi konwencjami, które co wytrawniejszych smakoszy uczuć mogą przyprawiać o mdłości. Ale niekoniecznie czyni to tych pierwszych prostakami, a drugich – dandysami. Wszyscy mamy zatem takie samo prawo do misiów-pysiów, jak i do promionków, do kupowania krawatów, jak i do kupowania muszek, muszników, plastronów czy fularów. Mamy też prawo narzekać na epokowe zredukowanie piękna muszki do roli ozdoby ślubnej, komunijnej bądź kelnerskiej (od czasu do czasu zatrzepocze jakaś na szyi dyrygenta). I mamy prawo kupować pióra na tłoczek, a nie na naboje, zapraszać umiłowanych do biblioteki, a nie na karaoke, rumienić się na dźwięk czułego słowa, a nie w obliczu odważnego dotyku, ofiarowywać mężczyznom perły literatury XIX wieku, a nie bokserki, kobietom zaś – podpisane cyrografy, a nie pocztówki z gotowymi rymowankami, mamy też prawo do zachwycania się fragmentem “Cierpień młodego Wertera”:

Kanarek siedzący na zwierciadle sfrunął na jej ramię. – Mój nowy przyjaciel – rzekła (…). Gdy podała mu usta, ptaszek przywarł do jej słodkich warg, jakby świadomy szczęścia, którego mu udzielała. – Niech pana też pocałuje – rzekła i podała mi go. Mały dzióbek przeniósł się z jej ust na moje i kłujące jego dotknięcie było jak tchnienie, jak przeczucie najwyższej rozkoszy.

 – a nie imprezową pornografią.

“Piękność, czułość, niewinność”. Niewinność (szeroko rozumiana) jest tą cechą u mężczyzny, która mnie olśniewa. Jeśli towarzyszy temu mądrość i twórcza wrażliwość – obecność takiego Mężczyzny przesubtelnia się w doświadczenie Uniwersum. A niedoskonałość, którą – jako istota ludzka – jest napiętnowany, zostaje uświęcona harmonią doskonałej Całości (kłania się “Państwo Boże” św. Augustyna…). Mężczyzna taki składa się z Szeptu, z tysiąca i jednego Echa udźwięczniającego każdą drobinkę kobiecej duszy, która zaczyna w pewnym momencie przejawiać cechy kota pewnej niezwykłej rasy (z racji tego, że nazwa zabrzmiałaby dwuznacznie w kontekście kobiety – nie przywołuję jej), charakteryzującej się całkowitym rozluźnieniem wszystkich fibrów, gdy się kota podniesie. Doprawdy – w bezpiecznych, zaufanych ramionach można poczuć się podobnie (szkoda tylko, że my, ludzie, w przeciwieńtwie do kotów – nie zawsze spadamy na cztery łapy).

Taki Mężczyzna jest najbardziej melodyjną Ciszą płynącą z instrumentów, które – zauważmy – mają najczęściej kobiece kształty…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s