Lothloreenien

04/14/2007 (archiwalna notka z pierwszego bloga „Zacisze Międzysłowia”)

Gdy byłam młodziutkim, nieopierzonym jeszcze, choć całkiem lotnym dziewczęciem – dostrzegłam JĄ razu pewnego w srebrnej pełni małego ekranu. Ukłoniła się mej pamięci jako tańcząca kobieta w dymiącej sepii. Co prawda – ów dym, jak się okazało, stanowił raczej produkt dziewczęcej konfabulacji, aniżeli rzeczywisty element ówczesnego przedmiotu poznania. Po latach doświadczyłam kolejnej epifanii tajemniczej kobiety, tyle że cały jej sztafaż nie rozpościerał się już na srebrnym ekranie, lecz w przestrzeni mego nagłego wspomnienia, które za kolejnych kilka lat miało wyewoluować w niezwykły sen o mglistej, złoto-brązowej, zroszonej łące; dzieliła mnie od niej jedynie niewielka kładka – metafora śmierci, symbolicznego przejścia na drugą stronę, gdzie przy zachodzie słońca nieznani ludzie tańczyli w kole, rozwijając raz po raz wstęgi dymu wypuszczającego kłącze z dalekiego ogniska.

Nie wiedziałam, kim jest, nie znałam JEJ imienia ani tytułu pieśni, którą roznieciła między jawą a snem w mym życiu. Niemniej – muzyczny popęd zaprowadził mnie do EMPIK-u. Melodia pulsowała mi we krwi jak mantra na ustach. Zaczęły ustateczniać się i dopełniać efemeryczne reminiscencje – “Mc…, McK…, McKennitt!”. Loreena – imię jak zaklęcie w zielniku druida. Murder’s? Mother’s? … Mummers’ dance! Iluminacja. Olśnienie. Euforia. Ekstaza. Nawet nie przesłuchałam całej kasety. Ta jedna pieśń zdołała mnie wykarmić na wiele lat. Oczywiście – teraz album “The Book of Secrets”, bo o nim mowa, jest mi znany na tyle dobrze, że coraz częściej składam ofiary wersów na ołtarzu Translacji, spolszczając autorskie teksty pani L.

Prawdziwy przełom nastąpił w 2005 roku. Czerwiec – robaczy miesiąc, preludium do kanikuły. Wówczas pojawił się ON – w orbicie mego istnienia, w mym sercu dużo później. ONA była także JEGO częścią, w wyniku czego nastąpiła niezwykła kontaminacja dusz, która znajduje dziś wyraz w zdumiewającej regule: otóż: gdy mówię o NIM lub do NIEGO, słowa moje – niczym pentimento – prześwitują barwą uczucia względem NIEJ, natomiast gdy mówię o NIEJ, czynię to za pośrednictwem słów zroszonych NIM jak trawa w Złotej Dolinie, którą C.S.Lewis tak mocno ukochał (polecam miłym Czytelnikom film Richarda Attenborough – “Cienista Dolina”).

Podczas minionych Świąt (na które mroczny cień rzuciła bezlitosna telewizja, emitując tę istną Biblię Pauperum z naturalistycznymi elementami kick-boxingu, czyli “Pasję” /lub “Piłę” – jak kto woli/ Gibsona-sadysty… ) miałam okazję zapoznać się z ekskluzywnym nagraniem wideo, upamiętniającym koncert Loreeny w Alhambrze. Nie, miły Czytelniku, nie spodziewaj się recenzji z tego kilkudziesięciominutowego przeżycia (okraszonego mymi łzami) nie sposób nawet zdać relacji, albowiem pretendowałaby ona wówczas do miana “kościoła bez Boga” – słowami dałoby się wznieść bajeczną katedrę Impresji, ale Duch Chwili oparłby się jakiejkolwiek próbie wysłowienia. Zabrakłoby złotego ołtarza w owej katedrze. Ale milczenie jest złotem. Niemniej – nie zdołam odmówić sobie przyjemności napisania krótkiego komentarza…

“Ile lat mają twoje ręce”? – mogłabym zadać Loreenie pytanie fragmentem wiersza Haliny Poświatowskiej. Czy tyle, ile słoje drzewa, z którego wykonana została JEJ harfa? Te ręce wyczesują ze strun opowieści starsze zapewne od murów, których fakturę tak czule przed koncertem badały (zupełnie jakbym widziała siebie gładzącą ukochane skamieniałe Drzewo we wrocławskim Ogrodzie Botanicznym). Fascynujące są konstelacje rąk muzyków tworzących zespół Loreeny: posągowe nadgarstki wiolonczelistki, smukłe, gotyckie palce charyzmatycznego skrzypka, masywne, golemowe dłonie bębniarza… A jeśli już pozostajemy w takiej “kosmicznej” metaforyce, to podkreślić należałoby również obecność złocistych i srebrzystych orbit pierścionków, w tym obrączek, których błyski zdawały się wypełniać białe przestrzenie między nutami… A w centrum tego mikrokosmosu ONA – ruda mgławica Loreena. Na scenę wkroczyła bowiem ruchem mgielno-polonezowym, wolnym (jak gdyby teatralnie spowolnionym), płynnym, by… podczas wykonywania spektakularnego “Santiago” podskoczyć przed oczarowanym bębniarzem (który aż klasnął z wrażenia) wyżej niż mój królik w rytualnym transie wieczornym. Gdybym-ci ja miała taką kieckę jak Loreena, też bym podskakiwała. Ów mgielny ruch dało się także zauważyć w scenach plenerowych, kiedy ruda “mniszka” kroczyła hiszpańskimi ścieżkami, uświęcając sobą architektoniczne rarytasy.

Radość, która tryskała zarówno z instrumentów, jak i z wszystkich muzyków (nawet Hugh Marsh uniósł kąciki ust w trakcie “Marco Polo”) nie sprawiała wrażenia radości “sponsorowanej”, złożonej na ołtarzu Mamony, mimo że “Nights from the Alhambra” jest koncertem przeznaczonym do obrotu rynkowego. Ci ludzie naprawdę cieszyli się i delektowali Muzyką, którą wydmuchali, wypieścili, wystukali, wydudnili, wyłaskotali ze swych drewnianych (i nie tylko) towarzyszy. Były, rzecz jasna, chwile łzawe – na czele z “Penelope’s song”, “The old ways”, “Dante’s prayer”czy “Raglan road” – o mały włos (a raczej – o mały głos) nie skropliły się ciemne szafiry oczu Loreeny. Poezja powiek. To nieprawdopodobne, jak niewiele środków wyrazu może złożyć się na tak bajeczną ekspresję – przy niesłychanej dystynkcji gestów (Loreena nawet wręczone jej kwiaty /storczyki??/ potraktowała z odpowiednim namaszczeniem, z delikatnością nie mniejszą od tej, z którą przystępuje do gry na harfie). Szczególnie upodobałam sobie loreenowy atak śmiechu w finale “Huron ‘beltane’ fire dance” – wyglądało to tak, jak gdyby – z serdeczną myślą o swych rozentuzjazmowanych muzykach – chciała rzec: “wariaci!” A w tym szaleństwie, miły Czytelniku, jest metoda – sposób na życie (ła)godne, pełne pasji, uwagi, wieczystego natchnienia, miłości, dobroci, piękna i łaski. I Muzyki. Potęga smaku. Długa jest droga bez zakrętów.

Nie mogłam oprzeć się pokusie stworzenia alternatywnej wersji bookletu do “Nights from the Alhambra”. Oto i uroczysta odsłona. Oryginał wkrótce znajdzie się… no – w CZYICH rękach? W JEGO rękach: www

Samej Loreenie natomiast – ofiarowana zostanie (gdy tylko uprzedzę ekipę Quinlanroad) ta oto gliniana harfa (również mojego autorstwa):

harfa

Mam nadzieję, że Los pozwoli mi zrealizować ten pomysł, a ręce listonoszy okażą się choć w połowie tak łagodne, jak czułe dłonie Harfistki.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s