Mnemosyne w objęciach Morfe-łóżka

05/01/2007 (archiwalna notka z pierwszego bloga „Zacisze Międzysłowia)

– Kim chciałabyś zostać, gdy dorośniesz?

– Carolem Gustavem Jungiem.

Takiej odpowiedzi udzielić mogłaby przed laty pisząca te słowa, gdyby jej samoświadomość rozwinięta była wówczas w stopniu proporcjonalnym do obecnego zasobu doświadczeń.

Wykład monograficzny z psychologii Junga, jak również od dawna nawiedzające mnie pragnienie założenia ”oniriusza” (diariusza snów) sprawiły, że moja poczciwa ja-wa całkowicie zjungowaciała, przeobrażając się w swoistą “jungo(z)jawę”. Jednakże – im bardziej moje podejście do snów nabiera rumieńców quasi-naukowości, tym słabsze staje się rozbudzone niegdyś we mnie przekonanie o transcendencji świata po drugiej stronie Morfe-łóżka. Konwencja objawień, enigmatycznych implozji wyssanych z palca Bożego, niezwykłych sprzężeń z Krainą Równoległą zaczęła konkurować z konwencją Mózgu i funkcjonalnością jego zacnych neuronów (w przypadku niektórych należałoby mówić raczej o istnieniu neronów niż neuronów w głowie). I tak oto wychodzi ze mnie romantywistka, co byłoby zgodne z moją wczesno-szkolną, jeszcze-nie-polonistyczną przeszłością spod znaku biologicznej pasji, realizowanej chociażby w kierownictwie podwórkowym Klubem Miłośników Biologii 🙂 W każdym razie – ciężko byłoby zakwestionować uczoną myśl, wedle której – półmetaforycznie rzecz ujmując – sen jest produktem naszego pięknego mózgu, latoroślą naszych drzewek neuronowych, kalejdoskopowym przedstawieniem tego, cośmy sami w życiu zmalowali (z pomocą lub niedźwiedzią przysługą Losu), choć kalejdoskopem tym własnoręcznie nie poruszamy. Okazuje się również, że – pomimo różnorodności onirycznych wątków i ich “kolorytów lokalnych” – sny ludzkie przypominają pod pewnym względem powieści tendencyjne (żeby nie powiedzieć – powieści produkcyjne z okresu socrealizmu), tyle że tendencje owe nie zawsze są jasne. Jesteśmy zagospodarowani czymś w rodzaju silosów, praform, które w trakcie naszego życia wypełniamy treścią. Śniąc – czytamy siebie w uniwersalnym języku snu, który – jak każdy język – jest systemem. Jung właśnie ten system opisał. A w systemie – jak to w systemie – każdy element pełni ściśle określoną funkcję, czego zgłębieniu poświęcił Jung niemal całe swoje życie (studenci natomiast mają na zgłębienie Junga zaledwie kilka miesięcy). Konfrontuję tę wiedzę ze wspomnianą wcześniej ideą transendencji, istnienia jakieś zewnętrznego, autonomicznego świata, znajdującego się poza zasięgiem naszego doświadczenia, ale mogącego na nas w jakiś sposób wpływać, panować nad nami, kontynuować nasz sen po obumarciu naszego mózgu… Przypomina mi się historia przedstawiona w jednym z dawnych odcinków “Ally McBeal” – o pacjentce, która – pod wpływem szczęścia zaznawanego w snach (śniła chyba o życiu u boku ukochanego mężczyzny, a każdy kolejny sen był jak gdyby idylliczną kontynuacją poprzedniego) – domagała się eutanazji – przekonana, że to pozwoli jej na zawsze przenieść się do tego “drugiego świata”… Łatwo się w tym wszystkim pogubić. Mnie pozostaje po prostu wierzyć, że – geometrycznie rzecz ujmując – sen jest połówką koła – życia ziemskiego (“mózgowego”), które wpisane jest w koło większe – w wieczność, nieskończoną krynicę form.

Każde zroszone snem przebudzenie pieczołowicie celebruję. Dbam o to, by niebieskie żaluzje w oknie były zasłonięte – jak w ciemni podczas wywoływania zdjęć, wszak zarówno fotografowi, jak i konserwatorowi snów chodzi mniej więcej o to samo. Ascetyczny (bo niepotrzebne ornamenty mogą rozproszyć mnie podczas pośpiesznych prób ”zeskanowania” obrazu sennego za pomocą najczystszych słów) ”oniriusz” czeka w pogotowiu, a obok niego – podręczny długopis z wbudowaną weń żarówką – na wypadek, gdyby sen urwał się pod osłoną mroku. Tak wyposażona – mogę spać spokojnie.

A o czym śnię? W okresie dziecięcym śniłam o ósmym – ostatnim piętrze w moim budynku mieszkalnym. Sama gnieżdżę się na piętrze siódmym, ale niegdyś to, co znajduje się zaledwie kilkanaście schodów wyżej, budziło we mnie niezrozumiały lęk. Bałam się strychu, dachu, tego, co skrywało się za drzwiami do ostatnich kilku mieszkań na najwyższym piętrze tej części budynku. Pamiętam, że w tym dawnym śnie, czas, jaki zajmuje windzie przejazd z siódmego piętra na ósme – trwał nienaturalnie długo, ciągnąc się prawie w nieskończoność. Był to zapewne sen z gatunku tych inicjacyjnych, ilustrujący jedną z pierwszych prób kontaktu z nieświadomomością.

Parę lat później, mniej więcej w okresie podstawówkowym – śniło mi się niemowlę spadające z kościelnej wieży. Kolejny symboliczny obraz inicjacji – zderzenie z rzeczywistością intrudującą w zacisze dziecięcości?

Z okresu licealnego pamiętam jedynie mało wyrafinowany, ubogi pod względem fabularnym sen o lataniu, ale ubogość tę rekompensuje mi wspomnienie onirycznej historii ze mną w roli… czerwonej szminki (sic!) i koleżanką w roli… zielonej konturówki. Do tej pory nie pokusiłam się o interpretację owego zdarzenia sennego 🙂 Pozostawiam pole do popisu miłym Czytelnikom. Pod koniec liceum przyśniła mi się również rzeka Ślęza, która rzeczywiście płynie sobie między wałami, niedaleko mego miejsca zamieszkania. Po jej drugiej stronie rozciągało się w mym śnie pole słoneczników (naprawdę rośnie tam rzepak) – i ten niepozorny obraz stał się dla mnie wówczas inspiracją do napisania baśni “celtyckiej” pt. “Grian”.

Okres studencki, na czele z ostatnimi dwoma latami mego żywota, obfituje w sny prawdziwie artystyczne, istne dzieła zsyntetyzowanych sztuk. Mam zamiar uporządkować je w najbliższym czasie według określonych kategorii, np.

– sny długogrające – te, których czar nie pryska tuż po przebudzeniu, lecz hipnotyzuje mnie jeszcze przez dni kilka (jak perfumy doskonałej jakości) . Czasem, choć bardzo rzadko, udaje mi się tego typu sny siłą woli kontynuować. Mają one często odcień miłosny (leżenie w centrum labiryntu, z nogami w jeziorze, u boku oblubieńca – i wspólne odśpiewywanie piosenek Loreeny McKennitt).

– sny cmentarne (Jung też je miał ^^) – cmentarz jako symboliczne miejsce, łączące w sobie pierwiastki fascinans i tremendum, miejsce na pograniczu światów. Moje oniryczne cmentarze bywają na ogół zamglone, jesienne, spalone… Ostatnio zasiliło ten funeralny repertuar cmentarzysko (wyglądające jak torfowisko) zwierząt – z nagrobkiem pingwina na czele; sen umiejscowił je w okolicach wspomnianej już rzeki Ślęzy. Raz cmentarna sceneria połączyła się z motywem baloników (!), ale zazwyczaj stanowi ona tło dla motywu ucieczki (np. przed przeczuwanym kataklizmem, bliżej nieokreślonym wrogiem itp.) – właśnie w zacisze zmarłych, choć bywa, że i tam czekają na mnie kolejne niebezpieczeństwa czy też niespodzianki typu: mój własny grób.

– sny lokomocyjne, w których roi się zwłaszcza od pociągów (np. pociąg jadący po torach znajdujących się na dnie rzeki, nota bene – Ślęzy; nocny pociąg docierający do jakiegoś miasta nad czarnym oceanem – oświetlonym od wewnątrz przez olbrzymią lustrzaną płaszczkę…). Tramwajami też zdarza mi się podróżować we śnie – najmilej wspominam ten nocny (chyba stąd moje zamiłowanie do nocnych peregrynacji), który w ciągu pięciu minut pokonywał trasę z Wrocławia do… jakiegoś rybacko-antykwarycznego miasteczka na peryferiach Francji 🙂

– sny zwierzęce (bynajmniej nie chodzi tu o zwierzęce instynkta w tonacji erotycznej) – te oblegane są zazwyczaj przez stada rozbieganych po całym domu gryzoni (to zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę ilość moich futrzanych podopiecznych) czy miniaturowe koty.

– sny “toriańskie”, czyli te, których główną bohaterką jest Tori Amos (archetyp Wielkiej Matki, jak mniemam) – nierzadko mają one działanie terapeutyczne. Ostatni toriański sen zawierał także wątek lingwistyczny, a ściślej – pojawił się w nim nowy termin medyczny “gosica” 🙂 , co oznacza “chorobę na Gosię” (czyt. na mnie), przejawiającą się w fanatycznej admiracji mojej skromnej osoby. Na gosicę zapadła w mym śnie biedna Tori.

– sny akwatyczne – te łączą się czasem z motywami lokomocyjnymi (patrz: sny lokomocyjne). Raz śniłam o krytym basenie-estakadzie, ciągnącym się nad ziemią przez połowę miasta, innym razem oczom mym ukazał się zbiornik wodny w mrocznej jaskini (taki quasi-basen w stylu tych pojawiających się w grze “Tomb Raider”); nikt nie odważył się go przepłynąć, ani nawet przelecieć nad nim, trzymając się jednej z lin przymocowanych do sufitu. Pokusa jednak była silna, pytanie tylko – jaki sens miałoby przedostanie się na drugi koniec jaskini, skoro była tam jeno kamienna ściana? Warto też wspomnieć o drewnianym domku na jeziorze, zamieszkiwanym przez wilki.

– koszmary podróżnicze – czyli wędrówki z dreszczykiem, np. niekończąca się wyprawa na smoczą górę (tj. zamieszkiwaną ponoć przez smoka), wyprawa, której stał na przeszkodzie paraliżujący lęk przez rudym rowerzystą – demonem śmierci (czyżby archetyp Cienia?). Fascynująca była również podróż przez bagnisty las, rozpościerający się nagle w centrum Wrocławia, a na którego końcu znajdowało się upiorne opactwo pełne księży-morderców 🙂 Zresztą – wypadałoby stworzyć osobną kategorię dla snów o zbrodniarzach (ach, ten psychopata ze szklarni…)

– sny bibliotekoznawcze – czyli cała seria opowieści o niecodziennie umiejscowionych bibliotekach, np. o nienaturalnie wysokiej bibliotece w zrujnowanym, pachnącym wilgotnym drewnem zamku, o bibliotece w nawiedzonym kościele-pułapce (sny z motywem kościoła też wymagają stworzenia osobnej kategorii), o bibliotece im. Haliny Poświatowskiej na malowniczym, pełnym motyli wrocławskim (!) wzgórzu, do którego prowadziła ponura droga przez opuszczoną fabrykę…, o opętanym wojną mieście i ludziach szukających schronienia w niezwykle ciasnej bibliotece…

– sny zimowe – o sennych, lekko upiornych zimowych miasteczkach, mroczniejących pod niepokojącym karminem nieba (częsty motyw – rodem z teledysku do “Strange little girl” Tori Amos). Wszelkie lodowe lasy, ślady krwi na śniegu (należące do uciekającej przede mną kobiety w czerwonym płaszczu…) itp. także występowały w snach przynależnych do tej kategorii…

– sny kuriozalne, czyli te o byciu szminką lub o … zbiorowej konsumpcji obrazów pewnego krośnieńskiego Artysty 🙂

Kategorie te można mnożyć w nieskończoność. Ale finał niniejszej notki nastąpić musi, dlatego na koniec zaserwuję miłym i cierpliwym Czytelnikom opis Snu, do którego mam szczególny sentyment. Trudno go sklasyfikować, albowiem łączy on w sobie wiele kluczowych motywów:

Sen rozgrywał się gdzieś na peryferiach Anglii. Był późny wieczór, który stopniowo przechodził w bezgwiezdną noc, zaczerwienioną od poranionego deszczem nieba. Czasem niebo (zwłaszcza zimowe) przybiera tak jaskrawy odcień czerwieni, że trudno orzec jednoznacznie, z jaką porą ma się do czynienia. Jechałam dokądś rozklekotanym maluchem – wraz z grupą nieznanych mi bliżej ludzi. Cały czas coś starało się nas zatrzymać – może ku przestrodze… W pewnym momencie nieoczekiwanie zaparkowaliśmy samochód przed starym, zniszczonym domem. Był tam taras pachnący wilgotnym drewnem. Zostałam na nim sama, podczas gdy moi towarzysze penetrowali wnętrze rudery. Z tarasu rozciągał się widok na ciemny pagórek, oświetlany co jakiś czas przez flesze rozpętanej burzy. I wówczas ujrzałam z oddali to COŚ … Była to biała, świecąca postać przypominająca literę X. Mozolnie, wręcz zombiowato wdrapywała się na pagórek – jakby każdy ruch sprawiał jej ból. Nagle na taras wbiegli moi towarzysze, a ujrzawszy ową postać, wpadli w histerię, krzycząc: “Ona nie żyje! To śmierć!”, po czym wzięli nogi za pas. Mnie zaś ogarnęło zdziwienie, nie mogłam bowiem zrozumieć, dlaczego ta biała, z trudem przemieszczająca się istota wzbudziła taki lęk, dlaczego w popłochu uciekano przed nią, skoro pokonanie odległości dzielącej pagórek od domu zajęłoby jej pewnie całą noc… Wypełniała mnie empatia, dziwne wzruszenie losem smutnego X, ale po czasie i ja najadłam się strachu, więc czym prędzej dołączyłam do moich towarzyszy. Wróciliśmy do domu. Nic jednak nie było już takie, jak wcześniej. Wspomnienie świecącej istoty zaczęło nas prześladować, zatruwać, zachowywaliśmy się jak ludzie zarażeni jakąś chorobą. “Choroba na śmierć”. Nigdzie nie czuliśmy się bezpieczni, stanęliśmy na progu szaleństwa. I sen się skończył. Może warto poświęcić mu esej?… Gdyby Komuś przyszła do głowy jakaś interpretacja tego opisu, to gorąco zachęcam do podzielenia się nią ze mną.

Powiadają, że myśli niewypowiedziane przeradzają się w duchy. Ciekawe, co dzieje się z zapomnianymi snami…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s