Skrypty z krypty

03/19/2007 (archiwalna notka z pierwszego bloga „Zacisze międzysłowia”)

Najwyższy czas, by wyjawić sekrety skryptów z krypty. Przede wszystkim pragnę podkreślić, iż nie jest to blogowa konfabulacja, projekcja toksycznych fantazmatów nawiedzonej autorki. Kategoria “Ego” wskazuje na to, że Czytelnik ma przed sobą bardziej suche, podszyte racjonalizmem sprawozdanie z autopsyjnych zdarzeń, aniżeli frenetyczną notkę w duchu zupiorzonej angelologii. Dodam jeszcze, że ta krótka historia będzie w dużej mierze zlepkiem fragmentarycznych, nadgryzionych już wampirycznym zębem czasu reminiscencji, toteż proszę o wyrozumiałość, jeżeli w słowa moje wkradnie się chaos. Gdzie pamięć zawiedzie – zamilknę, odsyłając Czytelnika do Międzysłowia. A teraz ad rem:

Przed laty, a ściślej w 1996 roku (11 lat temu! – rok przed śmiercią Babci) spędzałam z rodziną wakacje w ponurej miejscowości o nazwie “Zdroisk” (nieopodal Gorzowa Wielkopolskiego). Wczasy były “spalone” już na samym początku – okazało się bowiem, że pomimo odnotowanej rezerwacji domku letniskowego, żadne lokum na nas nie czekało, miejsc zaś wolnych zabrakło. Trzeba było przystać na awaryjną dziuplę, odstąpioną nam – z braku laku- przez szanowną panią kierownik. A w tej dziupli same dziwy (ale nie takie rodem spod latarni)… Najpierw jednak słów parę o zdroiskowym sztafażu…

Początek naszego tam pobytu upłynął pod znakiem topielczych sensacji, tj. kilka domków dalej reanimowano podtopionego delikwenta. Czy skutecznie – nie wiem. Ale nie zachęcało to bynajmniej do eksploracji wody z tamtejszego jeziora, zwłaszcza że ponoć o zmierzchu unosiły się nad nim “ławice” nietoperzy. Oczywiście – nietoperz dla niektórych, w tym dla mnie, urasta do rangi niemalże sakralnego symbolu, ale moje poczucie horroru nie zawsze mieniło się tymi samymi odcieniami, co dziś. Posumujmy więc: ogólna dezorganizacja, topielec, netoperki. Aż sama się sobie dziwię, że nie rozesłałam wówczas pocztówek z pozdrowieniami… Ale dość żartów.

Wszystko zaczęło się pewnej niespokojnej nocy, kiedy w łazience i na kuchennym suficie spostrzegliśmy świeże krople krwi. Pomyśleliśmy: “komar”. Ale musiałby to być komar na miarę filmowej “Muchy”. Pomyśleliśmy: “ktoś z nas”. Ale nikt z nas nie był muchą stacjonującą na suficie. Żadnych zadraśnięć, żadnych ran, żadnych potopów menstruacyjnych. Noc w ociekającym niezidentyfikowaną krwią domku nie należała zatem do najprzyjemniejszych, toteż z ulgą opuściliśmy to miejsce, wracając w domowe zacisze. Tylko… chyba nie do końca wróciliśmy sami.

W 1997 roku zmarła moja Babcia. O ile mnie pamięć nie myli, paranormalne zjawiska zaczęły ogarniać mój dom już po Jej śmierci. Nie mogę sobie jednakże przypomnieć, ile czasu dokładnie minęło. Może rok, może dwa, trzy lata… Na pomysł fotografowania “znaków” (o których za moment) wpadliśmy dopiero w 2003 r., ale pojawiały się one już wcześniej.

Do pokoju mego Brata prowadzi korytarzyk zagospodarowany szafami, książkowymi regałami, po drodze jest jeszcze toaleta i łazienka. To najdalej wysunięte miejsce w całym domu (licząc od drzwi wejściowych). Na jednej z ciemno wytapetowanych ścian tworzących ów korytarzyk, tuż przy drzwiach pokoju, znajduje się lustro. Ono – jeżeli dobrze pamiętam – zapoczątkowało drugą turę wampiriady w życiu rodziny S-kich. Jak wspomniałam – nie posiadam zdjęć z tego wczesnego okresu, ale chyba nietrudno będzie Czytelnikowi wyobrazić sobie cieknącą po lustrze grubą strużkę krwi. Podobne ślady znaleźliśmy na pościeli Brata (którego wówczas w domu nie było), klawiaturze komputera i – uwaga – wewnątrz książki. W całym mieszkaniu zaś dało się wyczuć (szczególną wrażliwością wykazywała się Mama) obecność czegoś obcego. A to komuś zdawało się, że widzi kłębiące się cienie, a to coś zaszeleściło, zaskrzypiało, zadudniło itp…

Nie skończyło się, rzecz jasna, na jednej nocy (ZAWSZE bowiem działo się to późną porą). Zdarzenia tego typu zaczęły powtarzać się mniej więcej w odstępach kilkumiesięcznych, potem już coraz rzadziej – raz na pół roku, raz na rok, aż wyczerpała się pula nawiedzeń. Nim jednak to nastąpiło, zdążyliśmy być świadkami wielu nadprzyrodzonych zjawisk. Zazwyczaj miały one miejsce w okolicach pokoju Brata, stopniowo jakby przesuwając się ku mej siedzibie. Krew stygmatyzowała co popadnie – lustra, firanki (zdj.), klamki (zdj. – co ciekawe, wtedy kilka kropelek krwi pojawiło się samoistnie na naszych oczach), kafelki w łazience (zdj.), żarówki (zdj.), otwory wentylacyjne (zdj.), pościel, również obiekty (zdj.) w ówczesnej aptece mej Mamy (!), szczoteczki do zębów, sufit, ubrania (np. moją wiszącą w drzwiach bluzkę maturalną), urządzenia sanitarne, tapety (zdj.), a jeden, JEDYNY raz pojawiła się na zdjęciu mego przyjaciela (zdj.), spływając po jego twarzy – na podobieństwo łez (nota bene: wacik, którym po kilku dniach zmyłam te ślady, i który wyrzuciłam – nie wiedzieć czemu – przez okno, po ponad TYGODNIU “przyfrunął” na mój parapet, niosąc ze sobą serię kolejnych sensacji).

Krwawe symbole układały się najczęściej w trzy równoległe linie, albo inne rodzaje triad. Trójkowe epifanie wiodły prym, zwłaszcza że rok największego nasilenia tych zdarzeń był rokiem 2003. Pewnego razu, gdy podczas jednej z “tych” nocy zamknęłam drzwi (a są to drzwi charakterystyczne – obite sztuczną skórą, co sprawia, że trudno w nie zapukać) do PUSTEGO pokoju Brata, rozległo się donośne, miarowe pukanie – TRZY uderzenia. Trzy były także “zęby” w dziwnym metalowym przedmiocie (ot, małe kółko “stojące” na owych trzech “zębach”), który kiedyś – zapowiadając występ krwawiącego lustra – spadł znikąd na podłogę w korytarzyku prowadzącym do pokoju Brata, a innym razem zadźwięczał, obijając się o patelnię i sprowadzając tym samym domowników (również Wujka, który akurat w ten dzień u nas gościł) do kuchni, by mogli nacieszyć oczy widokiem – no, kto zgadnie??? – ZAKRWAWIONEJ firanki (zdj.) . Jako że zarówno Mama, jak i Brat są farmaceutami, krew została przebadana laboratoryjnie. Okazało się, że jest to krew ludzka, tyle że jakiegoś składnika w niej brakowało.

Epifanii towarzyszących tym krwawym spektaklom też było co nie miara: samowłączające się radio, samoprzestawiający się samochód, samozapalająca się świeczka (jak kominek w “Soku z żuka”), naelektryzowane włosy piszącej te słowa w momencie, gdy za jej plecami, na ścianie z barometrem (zdj.) rozlała się krew, intensywna woń dymu papierosowego (nikt w mej rodzinie nie pali, oprócz… zmarłych), gwarne cienie; któregoś razu “preludium” do krwawicy było nawet komiczne na swój sposób – Rodzice bowiem, w drodze do domu, w którym stacjonowałam wówczas tylko (?) ja, spojrzeli JEDNOCZEŚNIE na nasz balkon (mieszkamy na siódmym piętrze) i… ujrzeli olbrzymi, kolorowy parasol. Rzecz jasna – takowego na balkonie nie było, czego brak zrekompensowała nam rychło – jak można się domyślać – KREW.

A co na to moja zwierzęca świta? Wydaje mi się, że królik Hannibal (niech mu zdrowie dopisuje, bo wciąż strzyże radośnie uszami) również wyczuwał wtedy obecność czegoś lub kogoś obcego. W jeden z “krwawych” dni bowiem sprawiał wrażenie wyraźnie zaniepokojonego.

Podsumowując – krew zalała domowników, napiętnowała każdego z nich z osobna (Brat – klawiatura, książka, pościel, lampa itp. ; Mama – apteka ; Ojciec – szczoteczka; ja – zdjęcie przyjaciela, bluzka). Nierzadko Mama przeczuwała poszczególne epifanie, a ja pierwsza przyłapywałam krew in flagranti. Od dłuższego czasu, tj. od kilku lat nikt ani nic nie kontynuuje przedstawienia, jakby ktoś zatamował krwotok, przyłożył krwawnik do rany, przekazał to, co miał do przekazania. I odszedł. Ale być może wcale nie na zawsze.

Różnie próbowaliśmy tłumaczyć te zdarzenia. Mamie na myśl przychodzili Jej zmarli Rodzice (oboje palący, co wiązałoby się ze wspomnianą wonią dymu papierosowego), starający się ostrzec Ją przed czymś lub przed kimś. Z perspektywy dzisiejszego dnia, z perspektywy niekorzystnych zmian, jakie zaszły w mej rodzinie, interpretacja owa sprawia wrażenie sensownej, ale z drugiej strony – czyż tak dobrzy i przepełnieni miłością Ludzie jak zmarli Rodzice Mamy mogliby uciec się do zastosowania tego typu środków wyrazu? Choć kto wie – niepojęta jest semantyka pozagrobowa, niepojęty relatywizm międzygrobowy. A jeśli cały ten krwawy spektakl miał być wrogim działaniem wymierzonym w naszą rodzinę, to czemu się zakończył? O ile to koniec. I gdzie w tym wszystkim szukać Boga? Pytajniki mnożą się jak grzyby po deszczu – trudno którykolwiek z nich zerwać z przekonaniem, nie wiadomo wszak czy nie jest trujący, nie wiadomo kto stąpał po ziemi, skąd ów pytajnik wyrósł. Lustereczko, powiedz przecie…

Nie zamierzam na siłę przekonywać Czytelnika co do prawdziwości opisanych tu sytuacji. Ale nikomu nie życzę, by w jakikolwiek inny sposób miał się o tym kiedyś sam przekonać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s