Poezja

Monolog Bibliotekarza z obrazu Arcimboldiego

gdziekolwiek jestem słowo pierwsze było
i słowem się mieni sypiąc w oczy piaskiem
tabula rasa jakby braillem śniła
po śnie miewa blizny znaczonej już karty

niewiernym lustrom moja twarz pisana
więc zbić albo nie zbić tak o niej wciąż myślę
lecz to myślenie gra obcym koszmarem
którego pamięcią mnie zatruł cudzysłów

przemycam wieczność w katatonii znaków
koloryt widoku spojrzeniem cytuję
puchnie przede mną cień mnogiej postaci
trojącej się młotem dziewczyną i murem

gdziekolwiek będę czy zaznam tam siebie
by tymi słowami twarz nową ulepić
spłonie rękopis nim zdołam powiedzieć
trwaj chwilo bo sobie wyjść pragnę naprzeciw

Madame

leżała milcząca oprawiona w skórę
barwy mego głosu kiedym do niej mówił
rozchylę te karty i wejdę ci w słowo
by toczyć je czule od środka jak robak
co ślad larvy migrans zostawia na piśmie
mieszając z posoką rozgrzany twój inkaust
a ty mnie uczynisz inkluzją papieru
przez który oddychasz welinowa wenus

kurz łasił się wtedy spieszczonym powietrzem
ze wszystkich stron świata rozpylał sny wiersze
aż całkiem wchłonęły treść jednej postaci
i wiatrem podszyły stabilność jej znaczeń
puls ciszy odmierzał czas między stanami
skupienia wieczności w humorach tej damy
bo różnie milczała do bólu do rymu
lecz nigdy dosłownie i zawsze nad wyraz
więc chciałem ją zgłębić powiększyć o siebie
zmysłowość wysłowić i tylko jej wierzyć

leżała zbójecka oprawiona w dłonie
barwy tego kurzu który wzdychał do niej
ja jeno patrzyłem gdyż sam byłem księgą
widziałem że inni kochając też bledną
oddają swe ciała we znaki by spisać
tę wieczną kobiecość co nęci nas ciszą

Między ustami a brzegiem kaligramu

ten wiersz jest autorem poety
i czyni go swym imiennikiem
posrebrza mową dotyka
jak uległą galateę

on wie rękopisy nie płoną
bo sam pisze ręce znaczone
kamieniem ostrzem papierem
grzeszną pantomimą woli

poeta podchodzi do lustra
pod czujną majuskułą wiersza
dostrzega blizny na ustach
ślady po dłuższym milczeniu

ten wiersz stworzył już czytelnika
na głos w trybie uświęcającym
zatrute środki wyrazu
zdolne cię skrócić o życie

a jednak się kręci kaligram
perpetuum mobile ex verbo
świat daje mu się we znaki
jak kamień ostrze i papier

Roz-łąka

szumiała roz-łąka rodzonym krwawnikiem
czas budził się martwy i znikał
a chmury z krzemienia wzniecały tam piekło
gdzie pustką świeciła w dół wieczność

robactwo ksiąg nie-mych złą strofę zamilcza
wymazać z niej pamięć chce przyszłą
by krwawnik nie zakwitł tu między wierszami
co czują dziś miętę do wiary

Pierwsze czytanie z Księgi Natury

gdybym go miała opisać tym drzewem
co korzeń błyskawic zarzuca jak sieć
pierwszych skojarzeń rozpiętą na niebie
gdzie bóg łowi ptaki zmieniając je w deszcz
słowa bym wówczas szukała po burzy
bo zawsze mi z drzewa zrywała kiść gwiazd
całą dla niego (czy w pestkach tkwią muzy)
i to rzekłszy ewa – stworzyła mu świat

Prelekcje uliczne

zawsze boso na przejściu dla pieszych
potykając się wzrokiem o chmurę
tańczysz niby po białych klawiszach
cieniem dźwięki dopełniasz oburącz
słychać w twym brzmieniu prostą odpowiedź
świat się odmienia tak przez osoby

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s